Home

Pani Kinga

  • Feb. 21st, 2007 at 4:58 PM
Die
Niedaleko Krościenka nad Dunajcem siał góral pszenicę pod zimę. Właśnie już słonko było zaszło, a on jeszcze nie skończył swej roboty. Wtem drogą posłyszał jakiś szelest — spojrzy, a tu bieży tłum niewiast w czarnych szatach, a poprzedzał je ksiądz, co niósł krzyż pański. Gdy poskoczył ku nim i ciekawie się przy- glądał, wysunęła się jedna niewiasta z tego orszaku i rzekła:

— Dobry wieczór wam, człowiecze! A cóż tak późno robicie?

— Pszenicę sieję — odrzekł góral.

— Szczęść ci Boże — odpowiedziała — ale jeśliś poczciwy człowiek, tedy zrobisz, coc powiem. Jutro tu będzie gonił srogi nieprzyjaciel za nami i będzie pytać się, czyśmy tędy nie szły; ty zaś odpowiedz, żeśmy szły właśnie, kiedyś siał pszenicę na tym łanie.

— Dobrze — rzekł góral, ale nim zdołał się onej pani pokłonić, już jej nie było.

Nazajutrz wstawszy do świtu idzie na pole — patrzy, a tu nowy cud, bo gdzie wczoraj siał, tam dziś bujają pszeniczne kłosy. Nie wyszedłszy jeszcze z podziwienia, dolatuje go tętent jazdy — spojrzy na drogę, a tu ćma Tatarów. Jeden przypada doń i pyta: — Powiedz mi, człeku, a nagrodzęć hojnie, czy nie widziałeś tu wczoraj pani Kingi?

— Widziałem — odpowiedział — jak szła tędy z siostrami, a właśnie siałem tę pszenicę. Tatarzyn znowu błaga go, w końcu grozi mieczem; ale góral odpowiada: widziałem ją, szła tędy, kiedy siałem tę pszenicę... I tak tatarska pogoń wróciła się tym samym szlakiem, którym przyszła.

Śmierć na balu noworocznym

  • Dec. 23rd, 2006 at 1:13 AM
Die
Śmierć na balu noworocznym
(Podanie z Pomorza)

(Der Tod beim Tanz in der Neuensjahrnacht)

Na zamku w Czaplinku1 zebrało się w noworoczną noc wesołe towarzystwo. Radowano się, hałasowano i tańczono, aby odpowiednio wesoło wkroczyć w Nowy Rok. Już zegar na wieży wybił północ, a ludzie jeszcze nie zaprzestali bluźnierczego ożywienia2 i zabawy.

Ku ogólnemu przerażeniu, do tańczących przyłączył się człowiek, który nie miał ani ciała, ani krwi, lecz był brzydkim kościanym szkieletem. W ciągu jednej chwili parkiet opustoszał i wszyscy na łeb na szyję pognali do domów, a mieli dużo szczęścia, że tym razem skończyło się tylko na strachu.

Widzi się przez to, jak niebezpiecznie jest kończyć stary rok tańcami i ucztami. Zbyt łatwo może nadejść Śmierć, podszywając się pod biesiadnika i całą zabawę doprowadzić to straszliwego końca.

tłum. Sowa


1. Tempelburg - wygląda, że chodzi o Zamek Tempelburg w Czaplinku
2. gotteslästerlich - bluźnierczy; das Treiben - ruch, ożywienie

Źródło:

* U. Jahn, Volkssagen aus Pommern und Rügen : Nr. 44, Berlin 1889.

Taa.to by nawet pasowało

  • Dec. 22nd, 2006 at 8:03 PM
Die
You Are Oscar the Grouch

Grumpy and grouchy, you aren't just pessimistic. You revel in your pessimism.

You are usually feeling: Unhappy. Unless it's rainy outside, and even then you know the foul weather won't last.

You are famous for: Being mean yet loveable. And you hate the loveable part.

How you life your life: As a slob. But it's not repelling as many people as you'd like!

Dec. 14th, 2006

  • 8:41 PM
Die
You're A Passed Out Drunk

Drinking gives you that warm fuzzy feeling, until you're thrown in the back of a police car...

Wysłannicy Śmierci

  • Dec. 8th, 2006 at 7:21 PM
Die
Wilhelm i Jakub Grimm
Wysłannicy Śmierci

(Die Boten des Todes)

Dawno temu pewien olbrzym wędrował szerokim gościńcem i nagle wyskoczył mu naprzeciw nieznajomy człek wołając:
- Stój! Ani kroku dalej!
- Co - oburzył się olbrzym - ty mały chłystku, którego mógłbym zgnieść dwoma palcami, śmiesz zastępować mi drogę? Kto ty jesteś, że tak sobie zuchwale poczynasz?
- Jestem Śmierć - odparł nieznajomy - mnie nikt się nie oprze i ty także musisz słuchać moich rozkazów.

Olbrzym zaś nie chciał się poddać i rozpoczął ze Śmiercią walkę. Był to bój długi i zażarty, ale w końcu olbrzym zdobył przewagę i zdzielił Śmierć pięścią tak mocno, że runęła jak długa przy jaki kamieniu. Olbrzym .poszedł swoją drogą, Śmierć zaś leżała pot i bez sił, nie mogąc się podnieść.
- Co teraz będzie - rozmyślała Śmierć - jeśli zostanę tu, pod tym kamieniem, ludzie przestaną umierać i w końcu będzie ich tyle, że zmieszczą się na ziemi nie inaczej, jak na stojąco.

W tejże chwili nadszedł młody człowiek, krzepki i rześki; podśpiewywał sobie i rzucał okiem ciekawie dokoła. Ujrzawszy pół omdlałego, podszedł do niego pełen miłosierdzia, podniósł go z ziemi, napoił mocnym trunkiem ze swej butelczyny i czekał, aż nieborak odzyska siły.
- Wiesz ty - przemówił do niego obcy, przeciągając się - kto ja jestem i komu pomogłeś stanąć znów na nogi?
- Nie - odrzekł chłopiec - nie znam ciebie.
- Jestem Śmierć - oznajmił tamten - nie oszczędzam nikogo i dla ciebie też nie mogę zrobić wyjątku. Żebyś jednak wiedział, że potrafię okazać wdzięczność, obiecuję ci, że nie zaskoczę cię znienacka i zanim po ciebie przyjdę, pchnę najpierw moich wysłanników.
- Zgoda - odrzekł młody człowiek - to już pewien zysk, że będę wiedział, kiedy po mnie przyjdziesz, i do tej pory przynajmniej będę się czuł bezpieczny.

Po czym ruszył dalej, ochoczo i raźnie, i żył sobie beztrosko z dnia na dzień. Wszelako młodość i zdrowie nie trwały długo, nastały choroby i cierpienia, które dręczyły go za dnia, a i nocą spokoju nie dawały.
- Przecież jeszcze nie umrę - mówił sam do siebie - bo Śmierć musi najpierw dać mi znać przez swoich wysłanników; oby tylko te przeklęte choroby jak najprędzej minęły.

Ledwie wrócił do zdrowia, zaczął znów żyć wesoło. Aż tu nagle pewnego dnia ktoś położył mu dłoń na ramieniu: obejrzał się, a to Śmierć stała za nim mówiąc:
- Chodź ze mną, wybiła godzina pożegnania ze światem.
- Jak to - zawołał cziowiek - zamierzasz więc złamać dane słowo? Czyś mi nie obiecała, że zanim po mnie przyjdziesz, przyślesz mi swych wysłanników? Żaden z nich u mnie się nie zjawił.
- Zamilcz - odrzekła Śmierć - czyż nie przysyłałam ci ich jednego po drugim? Czy nie dostawałeś gorączki, która tobą trzęsła i ścinała cię z nóg? Czy nie miałeś zawrotów głowy? Czy reumatyzm nie rwał cię w kościach? Czy nie czułeś szumu w uszach? Czy nie bolały cię zęby? Czy nie robiło ci się ciemno przed oczami? A oprócz tego wszystkiego czyż nie przypominał ci o mnie co wieczór mój rodzony brat, Sen? Czy nie leżałeś nocą w łożu jak nieżywy?

Człowiek nie umiał na to odpowiedzieć, poddał się swemu losowi i poszedł ze Śmiercią.

tłum. E. Bielicka
Źródło:

* Grimm W. i J., Baśnie braci Grimm : t.2., Warszawa 1986.

Kuma Śmierć

  • Dec. 4th, 2006 at 12:09 AM
Die
Grimm Wilhelm i Jakub,
Kuma Śmierć

(Der Gevatter Tod1)

Pewien ubogi człeczyna miał dwanaścioro dzieci, musiał więc dzień i noc pracować, aby je wyżywić. A kiedy trzynaste dziecię przyszło na świat, biedak nie widział już ratunku. Wyszedł z chaty i postanowił prosić pierwszego spotkanego przechodnia w kumy.

Pierwszym jednak, kogo spotkał, był Pan Bóg, który wiedział już oczywiście, po co biedak wyszedł z domu, i rzekł:
- Ubogi człowiecze, chętnie potrzymam dziecię twoje do chrztu, będę o nie dbał i uczynię je szczęśliwym.
- Kim jesteś? - zapytał ojciec.
- Jestem Panem Bogiem.
- W takim razie nie chcę cię w kumy - odparł człowiek - bogatym dajesz wszystko, a ubogiemu pozwalasz zdychać z głodu. Tak mówił ubogi, gdyż nie wiedział, jak rozumnie rozdziela Pan Bóg bogactwo i ubóstwo. Odwrócił się więc od Pana i poszedł dalej.

Po chwili zbliżył się do niego Szatan i rzekł:
- Jeśli chcesz mnie za kuma, to dam twemu dziecięciu wszystkie bogactwa tego świata i wszystkie rozkosze!
- Kim jesteś? - zapytał ubogi.
- Jestem Szatanem.
- W takim razie nie chcę cię w kumy - odparł ojciec - zwodzisz i łudzisz człowieka!

I ruszył dalej.

Po pewnym czasie zbliżyła się doń koścista Śmierć i rzekła:
- Weź mnie za kumę.
- Kim jesteś? - zapytał ubogi.
- Jestem Śmierć.

A ojciec na to:
- Ty jesteś dla mnie dobrą kumą. Zabierasz bogatego i ubogiego bez różnicy, ty będziesz moją kumą!

Śmierć zaś odparła:
- Uczynię dziecię twe sławnym i bogatym, gdyż kto ma mnie za przyjaciela, niczego mu nie zabraknie.

Ojciec rzekł uradowany:
- W przyszłą niedzielę jest chrzest. Staw się o czasie.

Śmierć przybyła, jak obiecała, i została matką chrzestną trzynastego dziecka.

Kiedy chłopiec podrósł, zjawiła się przed nim pewnego razu jako chrzestna matka i zaprowadziła go do wielkiego lasu. Tam ukazała mu zielę rosnące pod drzewem i rzekła:
- Teraz otrzymasz ode mnie podarunek chrzestny. Uczynię cię sławnym lekarzem. Kiedy zawezwą cię do chorego, ukażę ci się zawsze: jeśli będę stała u wezgłowia chorego, możesz go śmiało zapewnić, że przywrócisz mu zdrowie, daj mu tylko tego ziela, a wnet wyzdrowieje; jeżeli jednak zobaczysz mnie w nogach chorego, powiedz rodzinie, że nie ma już dla niego ratunku, a wiedz, że żaden lekarz na świecie nie zdola go wówczas uleczyć. Strzeż się jednak, abyś cudownego ziela nie użył wbrew mojej woli, bo mogłoby się to źle skończyć dla ciebie.

Wkrótce młodzieniec został najsławniejszym lekarzem na całym świecie.

"Wystarczy mu tylko spojrzeć na chorego, a już wie, jaki jest jego stan i czy wyzdrowieje, czy też musi umrzeć", mówiono o nim, a ludzie zjeżdżali się ze wszech stron i zwozili do niego chorych płacąc mu tak hojnie, że wkrótce stał się bogatym człowiekiem.

Pewnego razu zdarzyło się, że sam król zaniemógł ciężko; wezwano więc doń słynnego lekarza, aby orzekł, czy król może wyzdrowieć. Ale gdy młodzieniec zbliżył się do jego łoża, ujrzał śmierć stojącą u nóg chorego, pojął więc, że wybiła już jego ostatnia godzina.
- A gdybym tak raz oszukał Śmierć - pomyślał lekarz - jestem przecież jej chrześniakiem, więc nie będzie się na mnie gniewać!

I szybko chwycił chorego w pół i przekręcił go na łożu, tak że Śmierć znalazła się u jego wezgłowia. Potem dał mu swego ziela, a król wyzdrowiał natychmiast.

Nazajutrz Śmierć przyszła do lekarza, zła i zagniewana, pogroziła mu palcem i rzekła:
- Wywiodłeś mnie w pole; tym razem wybaczę ci to, gdyż jesteś mym chrześniakiem, ale jeśli jeszcze raz to uczynisz, zabiorę ciebie samego!

Wkrótce potem królewna zachorowała ciężko. Była ona jedynym dzieckiem króla, toteż nieszczęsny ojciec płakał dzień i noc i kazał oznajmić, że kto uratuje królewnę, otrzyma ją za żonę i zostanie dziedzicem tronu. Kiedy lekarz zjawił się w jej komnacie, ujrzał Śmierć stojącą w nogach chorej. Oszołomiony urodą królewny i myślą o tym, iż mógłby zostać jej mężem, zapomniał młodzieniec o groźbie Śmierci i nie bacząc na groźne spojrzenia, jakie mu rzucała, chwycił chorą w pół i przekręcił na łożu, tak że głowa znalazła się tam, gdzie były nogi, a nogi tam, gdzie była głowa. Potem dał jej cudownego ziela, a policzki królewny zarumieniły się natychmiast i życie wstąpiło w nią znowu.

Rozgniewała się Śmierć, podeszła groźnie do lekarza i zawołała:
- Oszukałeś mnie znowu, teraz kolej na ciebie!

Po czym chwyciła go lodowatą dłonią i zaprowadziła do podziemnej pieczary. Ujrzał tam lekarz tysiące, tysiące świec w nieprzejrzanych szeregach, niektóre z nich były wielkie, inne mniejsze, inne zupełnie małe. Co chwila gasły niektóre, a inne zapalały się, tak iż płomyki drgały ciągle w wiecznej odmianie.
- Oto - rzekła Śmierć - świece życia ludzi. Gdy się świeca zapala, rodzi się człowiek, gdy gaśnie - umiera. Te oto wielkie świece należą do dzieci, średnie do ludzi w sile wieku, maleńkie do starców. Ale zdarza się, że i dzieci albo młodzi ludzie mają maleńkie świeczki.
- Ukaż mi moją świecę - rzekł lekarz sądząc, że jest ona pewnie dość wielka.

Ale Śmierć ukazała mu maleńki ogarek, który lada chwila miał zgasnąć, i rzekła:
- Oto twoj a świeca!
- Ach, matko chrzestna! - zawołał lekarz przerażony - zapal mi nową świecę, zrób to dla mnie, abym mógł jeszcze użyć życia, żostać królem i małżonkiem pięknej królewny.
- Tego nie mogę uczynić - odparła Śmierć. - Jedna świeca musi się wpierw wypalić, zanim druga zapłonie.
- Więc wstaw nową świecę, która będzie się zaraz dalej palić, gdy tylko ta zgaśnie! - prosił lekarz.

Śmierć udała, że chce spełnić jego pragnienie, i wyjęła wielką, nową świecę: ale chcąc się zemścić rozmyślnie zgasiła nią starą świeczkę. W tejże chwili lekarz padł na ziemię i dostał się w ręce Śmierci.

tłum. M. Tarnowski
Przypisy:

1. der Tod - w języku niemieckim Śmierć jest rodzaju męskiego stąd tytuł oryginału brzmi właściwie Kum Śmierć
der Gevatter - kum, ojciec chrzestny. Wbrew pozorom była to bardzo ważna funkcja. Kum musiał np. troszczyć się o dziecko, jeśli zmarli mu rodzice.

16 XII Metal Cave - EUTHANASIE

  • Nov. 19th, 2006 at 7:55 PM

Taaa, kolejny koncert japońskiego zespołu! Juz nawet się nie mogę go doczekać, choć słyszałam tylko trzy! ich piosenki... no, ale pewnie znowu się miło rozczaruje, tak samo jak na GramMarii, gdzie nagranie co miałam byłu raczej kiepskie, ale sam koncert.... o Boże, był świetny!! Jeden z lepszych, muzycy już zapowiedzieli kolejny w marcu 2007! :D Już się zastanawiam jak tu się ubrać :D ( normalnie jak 13- nastka ^^).
Wracając do njabliższego koncertu, odbedzie się w MC w Warszawie 16 grudnia, bilety tylko 20ł / 5 euro - a wiec bardzo tanio. tu jest link, gdzie można się wszystkiego dowiedzieć : http://www.disorder.glt.pl/
Serdecznie wszystkich zapraszam, nawet jeśli klub jest mały - tym lepiej, bedzie można zmolestować muzyków :D

Oct. 16th, 2006

  • 11:59 PM

wpis takie sobie tylko na próbę, by sie przekonac co i jak działa... jak na razie to się z lekka gubię w tym całym LJ.... ale zawsze jakoś to jest, ne? :D

Profile

Die
[info]kunegunda
kunegunda

Advertisement

Latest Month

February 2007
S M T W T F S
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728   

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com
Designed by [info]chasethestars